Nadszedł czas rozstania
W swojej pierwszej szkole przepracowałam 5 lat. Po trzech
latach dokonano oceny mojej pracy, w efekcie czego zostałam nauczycielką
mianowaną. Kiedy wyszłam za mąż, zmieniłam miejsce zamieszkania i dojazd do
pracy wydłużył się. Wykorzystałam okazję i przeniosłam się do innej szkoły
filialnej, która znajdowała się bliżej mojej miejscowości. Miałam dojeżdżać do
pracy 6 km, a nie 13 km. Ciężko było mi rozstać się z moimi wychowankami, z
koleżankami. Warunki lokalowe nowej szkoły były o wiele lepsze niż poprzedniej.
Był to piętrowy, murowany budynek, sale duże, jasne, chociaż ich wyposażenie
było raczej skromne. W szkole mieliśmy centralne ogrzewanie, wodę bieżącą i
łazienkę. Tutaj również uczyłam w klasach łączonych. Żeby odpowiednio
zorganizować pracę w takich warunkach, musiałam wykonywać we własnym zakresie
różnorodne środki dydaktyczne, które uczniowie wykorzystywali podczas pracy
cichej. Nie było wtedy kserokopiarek, wykorzystywałam więc kalkę.
Przygotowywanie się do zajęć zabierało mi dużo czasu.
W naszej szkole organizowałyśmy różne imprezy i uroczystości.
Dużo zaangażowania dzieci wkładały w przygotowanie Dnia Matki. Oprócz części
artystycznej i własnoręcznie wykonanych upominków uczniowie przy naszej pomocy
piekli ciasto na poczęstunek. Dzień Babci i Dziadka był okazją do spotkania
dziadków i babć z wnukami w murach naszej szkoły. Każdej zimy wspólnie z
rodzicami urządzaliśmy dzieciom kulig do lasu połączony z ogniskiem i
pieczeniem kiełbasek. Do tradycji naszej szkoły należało Święto Pieczonego
Ziemniaka, szkolna wigilia i topienie Marzanny pierwszego dnia wiosny. Przy
budynku szkolnym mieliśmy ogródek, gdzie co roku wiosną dzieci siały kwiaty
ozdobne i warzywa. W wolnych chwilach pielęgnowaliśmy rośliny na naszej
działce.
Z innych ważniejszych wydarzeń szkolnych ciepło wspominam spotkanie z
nauczycielami, którzy jako pierwsi po wojnie pracowali w naszej szkole (w
starym budynku) i to właśnie oni wraz z mieszkańcami wsi podjęli pierwsze
kroki, żeby pobudować nową szkołę. Bardzo ciekawie opowiadali nam o warunkach
życia w czasach powojennych, o nauce i zabawach dzieci. Pokazali nam zdjęcia,
na których dzieci rozpoznały swoich dziadków. Widać było ogromne wzruszenie i
radość na twarzy tych nauczycieli – emerytów, którzy po czterdziestu latach
mogli odwiedzić swoją pierwszą szkołę i
powspominać początki swojej pracy. To spotkanie uświadomiło nam, że nie
można zapominać o emerytowanych nauczycielach, którzy kiedyś wkładali tyle
serca i trudu w wychowanie swoich uczniów.
W 1992 roku po raz pierwszy mnie i moje koleżanki
dotknął problem utraty pracy. W naszej szkole brakowało jednego etatu, w
związku z czym jedna z nas miała zostać bez pracy. Ja w tym czasie spodziewałam
się pierwszego dziecka, więc byłam chroniona. Jedna z koleżanek zmuszona była
przejść w stan nieczynny. Wtedy zrozumiałam, że muszę za wszelką cenę skończyć
studia, bo kwalifikacje są w naszym zawodzie bardzo ważne. Wcześniej zdawałam już na nauczanie początkowe, ale nie
zostałam przyjęta z braku miejsc. Kiedy moja córeczka miała półtora roku, ponownie
przystąpiłam do egzaminów wstępnych na wyższą uczelnię. I znowu ten sam problem
– egzaminy zdałam, ale nie przyjęto mnie z braku miejsc. Jednocześnie
zaproponowano mi studia wieczorowe – płatne. Razem z koleżanką podjęłyśmy
decyzję, że zaczniemy jednak dalszą edukację. Zajęcia odbywały się w
poniedziałki, wtorki i środy co dwa tygodnie od godziny 15.00. Musiałyśmy więc
po skończonych lekcjach jechać na uczelnię (do miasta oddalonego od naszej wsi
o 50 km), skąd zmęczone wracałyśmy do domu około godziny 22.00. Tak bywało, że
moje dziecko nie widziało mnie od niedzieli wieczór do czwartku po południu.
Żeby mnie zobaczyć Martusia zaczęła chodzić późno spać, bo ciągle czekała na
mamę. Taka sytuacja trwała przez trzy lata. Dzieckiem zajmowała się teściowa,
bo mąż też pracował. Nie wiem, skąd ta kobieta miała w sobie tyle siły, nie
była już przecież taka młoda. Oprócz opieki nad dzieckiem wykonywała jeszcze
inne domowe obowiązki. Jedynym plusem wieczorowych studiów były wolne soboty i
niedziele, które mogłam spędzać z rodziną, wykorzystywać do nadrabiania
zaległości w domu i w pracy. Dopiero na ostatnim roku studiów zdecydowaliśmy
się z mężem na drugie dziecko. Synek przyszedł na świat kilka miesięcy po
obronie pracy magisterskiej.
Wtedy też wprowadzono reformę oświaty, której
większość nauczycieli obawiała się. Żeby lepiej zrozumieć założenia reformy,
braliśmy udział w radach szkoleniowych, ukończyłam też kurs doskonalący, który
przybliżył mi organizację zajęć zintegrowanych w klasach I – III. Ciągle
martwiłyśmy się z koleżanką tym, jaki los spotka naszą szkołę, ponieważ dużo
mówiło się wtedy o likwidacji małych szkół. Już wówczas zauważało się początki
niżu demograficznego. Co będzie z nami? Czy znajdziemy zatrudnienie na terenie
naszej gminy? – takie pytania ciągle nas nurtowały. Żal mi było naszej szkoły.
Przepracowałam w niej 10 lat. Czasami miałam problemy z dotarciem do pracy.
Jednego roku w marcu przez trzy tygodnie chodziłam do szkoły piechotą po
ogromnych zaspach. Ale teraz, gdy groziła nam likwidacja placówki, tamte
trudności wydawały się nieważne. Od początku chciałyśmy upiększyć nasze miejsce
pracy, więc przynosiłyśmy z koleżanką do klas swoje zasłony, gazetki ścienne,
maty, doniczki z kwiatami, bo na wystrój sal lekcyjnych wciąż brakowało
pieniędzy. Koleżanka za część nagrody dyrektora, którą otrzymała z okazji Dnia
Edukacji Narodowej, kupiła dywan do oddziału przedszkolnego. Zżyłam się z
dziećmi, z ich rodzicami, z całym środowiskiem. Tutaj też w ciągu jednego roku
pożegnałam na zawsze moje dwie uczennice, z czym do dzisiaj nie mogę się pogodzić.
Jedna zginęła w wypadku samochodowym, kiedy wracała rowerem ze szkoły z
sąsiedniej wsi. Chciała nas odwiedzić ... Nie zdążyła. Zmarła koło naszej
szkoły. Niedługo potem druga dziewczynka umarła na białaczkę. Te dwa smutne
wydarzenia wywarły piętno na mojej psychice.
Likwidacja szkoły filialnej nie ominęła nas. Stało się to w 2000 roku. Zostałam przeniesiona do Szkoły Podstawowej w miejscowości, w której mieszkam. Dla nauczycielki, która od początku przez 15 lat pracowała w małej wiejskiej szkółce, gdzie panuje rodzinna, domowa atmosfera, takie przejście do dużej szkoły jest wielkim przeżyciem. Długo nie mogłam przyzwyczaić się do pracy w tak dużym środowisku (w tym samym budynku mieści się gimnazjum, do którego uczęszczają uczniowie z całej gminy). Na domiar złego w kształceniu zintegrowanym miałam prowadzić zajęcia dydaktyczno – wyrównawcze. Dopełnieniem do etatu było kilka godzin sztuki w klasach IV – VI. Nie byłam tym zachwycona, zdawałam sobie sprawę z tego, że mój etat utworzono z godzin ponadwymiarowych innych nauczycieli. Jednak wdzięczna byłam losowi, że nie straciłam pracy. Małe szkoły filialne nie mają przyszłości, przede wszystkim brakuje w nich dzieci, więc wiadomo, że prędzej czy później zostaną zlikwidowane.
Dopiero w następnym roku szczęście się do mnie uśmiechnęło. Dostałam wychowawstwo w pierwszej klasie. Teraz już mogłam normalnie pracować. Miałam swoje dzieci, czułam się za nie odpowiedzialna. Starałam się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. Zawsze byłam zwolenniczką demokratycznego stylu kierowania klasą. Najczęściej wspólnie z dziećmi decydowaliśmy o podjęciu różnych zadań. Dzieci mają prawo do swego zdania, do swoich poglądów. Wszystkich uczniów staram się traktować równo. Nie ma u nas podziału na lepszych i gorszych, na bogatych i biednych. Zawsze uważałam, że każde dziecko ma prawo do sukcesu, dlatego nawet u tych najmniej zdolnych często zauważałam i głośno podkreślałam przy całej klasie widoczne efekty pracy. Nic tak budująco nie działa na dziecko jak pochwała (oczywiście nie można szafować nimi bez powodu). Zawsze stosowałam się do słów Janusza Korczaka „...mów dziecku, że jest dobre, że może, że potrafi...” W trzecim roku pracy z moją klasą dość często słyszałam pozytywne opinie o moich wychowankach z ust innych nauczycieli – pani z biblioteki, ze świetlicy, z przedszkola oraz pani dyrektor naszej szkoły. Zauważono, że moje dzieci aktywnie uczestniczą w zajęciach pozalekcyjnych, biorą udział w różnych konkursach, potrafią wspólnie bawić się na szkolnych imprezach. Są bardzo zaradne, razem prowadziliśmy szkolny sklepik, redagowaliśmy gazetkę „Promyk”. Większość uczniów brała udział w zajęciach kółka teatralnego. W klasie panowała naprawdę dobra, zdrowa atmosfera, nie było tu dzieci izolowanych, odrzuconych przez grupę. Jestem bardzo zadowolona ze swojej klasy.
Przez trzy lata pisałam taką małą klasową kronikę, Zapisywałam tam ważne wydarzenia, które miały miejsce w naszej klasie oraz wklejałam zdjęcia i wycinki z gazet. Na zakończenie III klasy dzieci napisały od siebie kilka słów w tej kronice. Przechowuję ten zeszyt do dzisiaj, jak również wszystkie kartki z pozdrowieniami od moich uczniów.
Likwidacja szkoły filialnej nie ominęła nas. Stało się to w 2000 roku. Zostałam przeniesiona do Szkoły Podstawowej w miejscowości, w której mieszkam. Dla nauczycielki, która od początku przez 15 lat pracowała w małej wiejskiej szkółce, gdzie panuje rodzinna, domowa atmosfera, takie przejście do dużej szkoły jest wielkim przeżyciem. Długo nie mogłam przyzwyczaić się do pracy w tak dużym środowisku (w tym samym budynku mieści się gimnazjum, do którego uczęszczają uczniowie z całej gminy). Na domiar złego w kształceniu zintegrowanym miałam prowadzić zajęcia dydaktyczno – wyrównawcze. Dopełnieniem do etatu było kilka godzin sztuki w klasach IV – VI. Nie byłam tym zachwycona, zdawałam sobie sprawę z tego, że mój etat utworzono z godzin ponadwymiarowych innych nauczycieli. Jednak wdzięczna byłam losowi, że nie straciłam pracy. Małe szkoły filialne nie mają przyszłości, przede wszystkim brakuje w nich dzieci, więc wiadomo, że prędzej czy później zostaną zlikwidowane.
Dopiero w następnym roku szczęście się do mnie uśmiechnęło. Dostałam wychowawstwo w pierwszej klasie. Teraz już mogłam normalnie pracować. Miałam swoje dzieci, czułam się za nie odpowiedzialna. Starałam się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. Zawsze byłam zwolenniczką demokratycznego stylu kierowania klasą. Najczęściej wspólnie z dziećmi decydowaliśmy o podjęciu różnych zadań. Dzieci mają prawo do swego zdania, do swoich poglądów. Wszystkich uczniów staram się traktować równo. Nie ma u nas podziału na lepszych i gorszych, na bogatych i biednych. Zawsze uważałam, że każde dziecko ma prawo do sukcesu, dlatego nawet u tych najmniej zdolnych często zauważałam i głośno podkreślałam przy całej klasie widoczne efekty pracy. Nic tak budująco nie działa na dziecko jak pochwała (oczywiście nie można szafować nimi bez powodu). Zawsze stosowałam się do słów Janusza Korczaka „...mów dziecku, że jest dobre, że może, że potrafi...” W trzecim roku pracy z moją klasą dość często słyszałam pozytywne opinie o moich wychowankach z ust innych nauczycieli – pani z biblioteki, ze świetlicy, z przedszkola oraz pani dyrektor naszej szkoły. Zauważono, że moje dzieci aktywnie uczestniczą w zajęciach pozalekcyjnych, biorą udział w różnych konkursach, potrafią wspólnie bawić się na szkolnych imprezach. Są bardzo zaradne, razem prowadziliśmy szkolny sklepik, redagowaliśmy gazetkę „Promyk”. Większość uczniów brała udział w zajęciach kółka teatralnego. W klasie panowała naprawdę dobra, zdrowa atmosfera, nie było tu dzieci izolowanych, odrzuconych przez grupę. Jestem bardzo zadowolona ze swojej klasy.
Przez trzy lata pisałam taką małą klasową kronikę, Zapisywałam tam ważne wydarzenia, które miały miejsce w naszej klasie oraz wklejałam zdjęcia i wycinki z gazet. Na zakończenie III klasy dzieci napisały od siebie kilka słów w tej kronice. Przechowuję ten zeszyt do dzisiaj, jak również wszystkie kartki z pozdrowieniami od moich uczniów.



Komentarze
Prześlij komentarz