No i się zaczęło...
Do zawodu nauczycielskiego trafiłam trochę przez przypadek. Chociaż jako dziecko marzyłam o tym, żeby zostać nauczycielką i uczyć dzieci z klas młodszych, jednak w Liceum Ogólnokształcącym nie byłam już taka pewna co do wyboru zawodu. „Przestraszyłam się” małych dzieci w trzeciej klasie LO, kiedy poproszono mnie na króciutkie 10 –minutowe zastępstwo w I klasie szkoły podstawowej. Wtedy stwierdziłam, że chyba nie nadaję się na nauczycielkę. Dzieci ciągle mnie poprawiały. Z ich ust słyszałam takie słowa: „A nasza pani robi to tak ...”, „A z naszą panią ...”, „Kiedy wróci nasza pani?”. Teraz już wiem, że to normalne u dzieci w tym wieku, gdyż dla nich pani stanowi największy autorytet, ale wtedy mnie to po prostu irytowało.
Po maturze i nieudanym starcie na studia przez rok pracowałam w swojej miejscowości. Planowałam w tym czasie solidnie uczyć się języka niemieckiego i za rok ponownie próbować dostać się na studia (marzyłam wtedy o germanistyce). Jednak moje plany się zmieniły. Był to rok 1985. Sporo moich koleżanek po maturze zaczynało pracę w szkole lub w przedszkolu. O pracę nauczycielki nie było wtedy trudno. Postanowiłam więc rozpocząć pracę jako nauczycielka bez kwalifikacji.
1 września 1985 roku przekroczyłam próg małej szkoły filialnej i wtedy rozpoczęła się moja szkolna przygoda. Zaczęłam pracować z dziećmi 6 –letnimi, czyli zerówką. Jeszcze pod koniec sierpnia ukończyłam tygodniowy kurs pedagogiczny. Czytałam dużo fachowej literatury pedagogicznej, korzystałam z różnych czasopism np. „Życie Szkoły”, „Nauczanie Początkowe”, „Wychowanie w Przedszkolu”, brałam udział w konferencjach metodycznych. Muszę przyznać, że zaczynało mnie to interesować i czułam, że lubię swoją pracę. Od lutego rozpoczęłam naukę w zaocznym Studium Nauczycielskim o specjalności nauczanie początkowe. Przez dwa lata nauki nauczyłam się bardzo dużo, prowadziłam lekcje koleżeńskie, brałam udział w praktykach pedagogicznych, w szkole ćwiczeń. Dużo rozwiązań metodycznych mogłam wykorzystać w swojej pracy.
Po maturze i nieudanym starcie na studia przez rok pracowałam w swojej miejscowości. Planowałam w tym czasie solidnie uczyć się języka niemieckiego i za rok ponownie próbować dostać się na studia (marzyłam wtedy o germanistyce). Jednak moje plany się zmieniły. Był to rok 1985. Sporo moich koleżanek po maturze zaczynało pracę w szkole lub w przedszkolu. O pracę nauczycielki nie było wtedy trudno. Postanowiłam więc rozpocząć pracę jako nauczycielka bez kwalifikacji.
1 września 1985 roku przekroczyłam próg małej szkoły filialnej i wtedy rozpoczęła się moja szkolna przygoda. Zaczęłam pracować z dziećmi 6 –letnimi, czyli zerówką. Jeszcze pod koniec sierpnia ukończyłam tygodniowy kurs pedagogiczny. Czytałam dużo fachowej literatury pedagogicznej, korzystałam z różnych czasopism np. „Życie Szkoły”, „Nauczanie Początkowe”, „Wychowanie w Przedszkolu”, brałam udział w konferencjach metodycznych. Muszę przyznać, że zaczynało mnie to interesować i czułam, że lubię swoją pracę. Od lutego rozpoczęłam naukę w zaocznym Studium Nauczycielskim o specjalności nauczanie początkowe. Przez dwa lata nauki nauczyłam się bardzo dużo, prowadziłam lekcje koleżeńskie, brałam udział w praktykach pedagogicznych, w szkole ćwiczeń. Dużo rozwiązań metodycznych mogłam wykorzystać w swojej pracy.
Po ukończeniu SN zostałam wychowawczynią klas I – II, były to klasy łączone.
Niełatwa była praca w takich warunkach, gdyż trzeba było w tym samym czasie
realizować program dwóch klas. Ponieważ do naszej szkoły uczęszczała mała
liczba dzieci, zmuszeni byliśmy tak uczyć.
Oprócz realizacji programu nauczania duży nacisk
kładłyśmy z koleżankami na sprawy wychowawcze. Chciałyśmy pokazać dzieciom, jak
należy zachować się w różnych sytuacjach, w różnych miejscach. Realizowałyśmy
te cele poprzez bliższe i dalsze wycieczki, począwszy od wyjścia na łąkę, do
sadu, do lasu, do sklepu itp. Organizowałyśmy uczniom w miarę możliwości
wycieczki autokarowe do Warszawy, Białowieży, Kazimierza Dolnego, Białej
Podlaskiej , Janowa Podlaskiego. Często trzeba było to robić z dziećmi z
sąsiednich szkół z powodu małej liczby naszych uczniów. Wielką przygodą był
kilkudniowy biwak nad Bugiem. Tam dzieci uczyły się radzić sobie w codziennych
obowiązkach. Razem robiliśmy zakupy, planowaliśmy, przygotowywaliśmy i
spożywaliśmy posiłki. W wolnym czasie bawiliśmy się w różne gry i zabawy oraz
poznawaliśmy okolicę. Wieczorami śpiewaliśmy piosenki przy ognisku.
W naszej
szkole nie mogło zabraknąć takich imprez jak Andrzejki, Mikołajki, Choinka, Bal
karnawałowy, Topienie Marzanny czy Dzień Matki. Odwiedzaliśmy groby poległych w
czasie wojny żołnierzy, porządkowaliśmy je nie tylko przed Świętem Zmarłych. W
ten sposób uczyliśmy dzieci szacunku do przeszłości naszej ojczyzny. Choinka
noworoczna w małej wiejskiej szkole zawsze była świętem całej wsi. Szkołę
odwiedzali wówczas niemal wszyscy mieszkańcy. My ze swojej strony
przygotowywałyśmy razem z uczniami ciekawe przedstawienia, skecze, montaże
słowno – muzyczne i tańce. Wielką atrakcją dla dzieci była oczywiście wizyta
Mikołaja. W trakcie roku szkolnego dzieci oszczędzały w SKO, wzięliśmy też
udział w ogólnopolskim konkursie „Dziś oszczędzam w SKO”. Zbieraliśmy wtedy
butelki, złom, makulaturę. Dzieci zaangażowały się bardzo mocno do tych prac,
dzięki czemu zajęliśmy II miejsce w województwie wśród szkół filialnych.
Wiązało się to również z gratyfikacją pieniężną. Otrzymaną kwotę dołożyliśmy do
kolejnej wycieczki autokarowej.
Z perspektywy czasu stwierdzam, że wówczas mogłam
wkładać w swoją pracę dużo serca i swojego wolnego czasu, ponieważ nie miałam
jeszcze założonej rodziny. Mieszkałam z rodzicami i braćmi, dysponowałam
czasem. Dużo czytałam, korzystałam z Biblioteki Pedagogicznej, rozwijałam swoje
zainteresowania, planowałam podjąć wkrótce naukę na zaocznych studiach
pedagogicznych. W jedne wakacje zabrałam dwóch moich uczniów na kilka dni nad
morze. Pojechaliśmy tam samochodem z moim przyszłym mężem.
Wydaje mi się, że zawsze miałam dobry kontakt z
dziećmi, starałam się je rozumieć i pomagać im w miarę swoich możliwości. A
dzieci były z różnych rodzin, w większości ich rodzice pracowali na roli. Dużo
było rodzin wielodzietnych. Odwiedzaliśmy uczniów w ich domach, rozmawialiśmy z
rodzicami, w trudniejszych przypadkach organizowaliśmy rodzinom pomoc w Gminnym
Ośrodku Pomocy Społecznej. Pamiętam swojego ucznia z zerówki, którą prowadziłam
w pierwszym roku swojej pracy. Pawełek wychowywał się u cioci. Dziecko bardzo
tęskniło za rodzicami, z którymi nie mogło na razie zamieszkać. Okazywałam mu
dużo serca. Niestety, od nowego roku szkolnego chłopczyk wyjechał do babci, u
której pozostał. Do dziś często o nim myślę i zastanawiam się, jak potoczyło
się jego dalsze życie. Kiedy Pawełek był w pierwszej klasie, otrzymałam od jego
babci list. Kobieta dziękowała mi bardzo za troskę i opiekę nad wnuczkiem.
Pisała, że chłopczyk często wspomina swoją pierwszą panią i tęskni.
Oprócz miłych akcentów wspominam też inne sytuacje,
mniej przyjemne. W pierwszej klasie miałam ucznia, który osiągał bardzo słabe
wyniki w nauce. Wspólnie z koleżankami stwierdziłyśmy, że dziecko powinno
powtórzyć klasę. Krzyś został przebadany przez Poradnię Pedagogiczną, badania
wykazały, iż chłopak nie osiągnął jeszcze dojrzałości szkolnej i wskazane
byłoby pozostawienie go na drugi rok w tej samej klasie. Wielki problem
stwarzała matka, która nie zgadzała się na to. Tłumaczyłam jej, że synek
urodził się w połowie grudnia i to też
ma wpływ na jego osiągnięcia szkolne. Jeżeli teraz powtórzy pierwszą klasę, na
pewno lepiej utrwali sobie wiadomości, bo w tej chwili w drugiej klasie sobie
nie poradzi. Po długich dyskusjach przekonałam matkę Krzysia. Później
rzeczywiście Krzysio był przeciętnym uczniem i do końca szkoły podstawowej co
roku otrzymywał promocję do następnej klasy.



Komentarze
Prześlij komentarz